Marek patrzył na siostrę z niedowierzaniem.
— Nie możesz mi narzucać dyżurów.
Joanna odpowiedziała spokojnie.
— A ty możesz mi narzucać całą opiekę?
— Nie powiedziałem „całą”.
— Powiedziałeś, że to naturalnie powinno być moje.
— Bo jestem kobietą.
Marek odwrócił wzrok.
— Nie łap mnie za słowa.
— Właśnie zaczynam.
Joanna usiadła przy stole.
— We wtorek mama miała gorączkę.
— Byłam z nią do trzeciej w nocy.
— W czwartek jechałam po recepty.
— W sobotę odwołałam swoje plany, bo bała się zostać sama.
— A ty w tym czasie zadzwoniłeś raz.
Marek prychnął.
— Pracowałem.
— Ja też.
— Mam rodzinę.
— Ja też mam obowiązki.
— Poza tym ktoś musi zarabiać.
Joanna spojrzała na niego długo.
— Czyli moja praca się nie liczy?
— Tego nie powiedziałem.
— Ale tak traktujesz mój czas.
W pokoju zrobiło się cicho.
Mama siedziała w fotelu przy oknie i słuchała w milczeniu.
Marek zerknął w jej stronę.
— Mamo, przecież wiesz, że przyjeżdżam, kiedy mogę.
Starsza kobieta odpowiedziała cicho:
— Najczęściej pytasz wtedy o mieszkanie.
Marek zamarł.
Joanna również.
— Mamo…
— Nie.
— Nie chcę już udawać, że tego nie widzę.
Starsza kobieta westchnęła.
— Joanna pyta, jak się czuję.
— Ty pytasz, czy byłam u notariusza.
Marek pobladł.
— To niesprawiedliwe.
— Może.
— Ale tak to wygląda.
Joanna poczuła ukłucie bólu.
Nie chciała, żeby matka musiała tego mówić.
Ale wiedziała, że to prawda.
Marek usiadł.
— To co mam zrobić?
Joanna spojrzała na niego.
— Zacząć od poniedziałku.
— Poniedziałek i czwartek są twoje.
— W sobotę przyjeżdżasz rano.
— Ja biorę wtorek, środę i piątek.
— Niedzielę dzielimy na zmianę.
Marek otworzył usta.
— To absurd.
— Nie.
— To harmonogram.
— Przecież nie jestem pielęgniarzem.
— Ja też nie.
Marek zamilkł.
Joanna mówiła dalej.
— Jeśli mama będzie potrzebowała profesjonalnej opieki, podzielimy koszty.
— Po połowie.
— Jeśli będzie trzeba jeździć do lekarzy, też się dzielimy.
— Po połowie.
— Skoro mamy być równi przy mieszkaniu, bądźmy równi teraz.
Marek przetarł twarz dłonią.
— Ty naprawdę wszystko sprowadzasz do mieszkania.
Joanna pokręciła głową.
— Nie.
— To ty robiłeś to od miesięcy.
— Ja właśnie próbuję przywrócić właściwą kolejność.
— Najpierw człowiek.
— Potem majątek.
Mama otarła oczy.
Marek spuścił głowę.
Po chwili powiedział:
— Dobrze.
Joanna aż nie uwierzyła.
— Co?
— Dobrze.
— Spróbuję.
— Nie „spróbujesz”.
— Będziesz.
Marek spojrzał na nią z irytacją.
— Zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
— Nie.
— Ale mam już dość bycia jedyną osobą, która robi pierwsze kroki.
Następny poniedziałek przyniósł pierwszą zmianę.
Marek przyjechał po pracy.
Zrobił zakupy.
Został do późna.
W czwartek zawiózł mamę na badania.
W sobotę został kilka godzin dłużej, niż planował.
Nie robił tego idealnie.
Marudził.
Pytał Joannę o wiele rzeczy.
Ale był.
Po dwóch tygodniach zadzwonił wieczorem.
— Teraz rozumiem.
Joanna milczała.
— Co?
— Ile tego jest.
— Leków.
— Telefonów.
— Pilnowania wszystkiego.
— Tego ciągłego bycia w gotowości.
Joanna odpowiedziała cicho:
— Właśnie.
Marek westchnął.
— Przepraszam.
— Za co?
— Za to, że uznałem to wszystko za twoją robotę.
— Tylko dlatego, że jesteś kobietą.
Joanna nie powiedziała „nic się nie stało”.
Bo stało się.
Ale po raz pierwszy brat naprawdę coś zobaczył.
Kilka tygodni później temat mieszkania znów wypłynął.
Tym razem nie zaczął go Marek.
Zaczęła mama.
— Chcę wszystko uporządkować.
Marek skinął głową.
Joanna nic nie powiedziała.
Starsza kobieta spojrzała na oboje.
— Ale najpierw chcę wam podziękować.
— Obojgu.
Joanna poczuła ścisk w gardle.
Bo pierwszy raz od miesięcy opieka nie była „jej obowiązkiem”.
Była wspólną odpowiedzialnością.
A mieszkanie przestało być najważniejszym tematem w pokoju.
Tak właśnie powinno być od początku.