Piotr pierwszy odwrócił wzrok.
Marta nadal patrzyła na niego spokojnie.
— Ile?
— Co ile?
— Ile wydałeś na nich przez ostatnie miesiące?
Piotr zacisnął szczękę.
— Nie wiem.
— Wiesz.
— Nie liczyłem.
— To policzymy.
Piotr westchnął.
— Marta, naprawdę chcesz robić z tego aferę?
— Nie.
— Chcę zobaczyć liczby.
— To chyba rozsądne.
To ostatnie słowo wypowiedziała celowo.
Piotr to zauważył.
— Nie musisz być złośliwa.
— Nie jestem.
— Po prostu używam twojego ulubionego argumentu.
Marta usiadła przy stole.
— Pokaż przelewy.
— Nie ma potrzeby.
— Jest.
Piotr milczał.
Po kilku minutach wyjął telefon.
Marta patrzyła na kolejne kwoty.
Bilety na koncert.
Weekend w hotelu.
SPA.
Restauracja.
Prezent urodzinowy.
Wyjazd dla siostry.
Dodatkowe pieniądze dla matki.
Suma rosła.
Marta poczuła, jak złość zmienia się w coś chłodniejszego.
— Za tę kwotę mogliśmy pojechać na dwa urlopy.
Piotr odpowiedział:
— Oni naprawdę tego potrzebowali.
— A ja nie?
— Nie o to chodzi.
— Właśnie o to.
Marta zaczęła wymieniać.
— Kiedy chciałam pojechać na weekend, powiedziałeś „nie stać nas”.
— Kiedy chciałam kupić nowy płaszcz, powiedziałeś „mamy inne priorytety”.
— Kiedy zaproponowałam kolację na rocznicę, powiedziałeś „zjedzmy w domu”.
— Kiedy chciałam wrócić na zajęcia jogi, usłyszałam „na razie oszczędzamy”.
Piotr spuścił wzrok.
— A twoja rodzina w tym czasie miała hotele, koncerty i SPA.
— Bo im było ciężko.
Marta zaśmiała się gorzko.
— Mnie też było ciężko.
— Tylko ja miałam cierpieć ekonomicznie, żeby oni mogli odpoczywać.
— Przesadzasz.
— Nie.
— Pierwszy raz nie przesadzam.
Piotr wstał.
— To są moje pieniądze.
Marta uniosła brwi.
— Naprawdę?
— To dlaczego moje były „nasze”, kiedy trzeba było oszczędzać?
Piotr zamilkł.
— Moja pensja szła na kredyt.
— Zakupy.
— Rachunki.
— Ubezpieczenie.
— A twoja część budżetu szła na „pozytyw” dla rodziny.
— To miało być wspólne oszczędzanie?
Piotr przetarł twarz dłonią.
— Chciałem tylko pomóc.
— Pomoc to nie problem.
— Problemem jest to, że kazałeś mi rezygnować, żebyś mógł pomagać po cichu.
W pokoju zapadła cisza.
Po chwili Marta powiedziała:
— Od przyszłego miesiąca zmieniamy zasady.
Piotr spojrzał na nią ostrożnie.
— Jakie?
— Wspólne konto tylko na wspólne wydatki.
— Każde z nas wpłaca ustaloną kwotę.
— Reszta zostaje prywatna.
— Jeśli chcesz finansować rodzinie rozrywkę, rób to ze swojej części.
— Ale nie będziesz już nazywać moich potrzeb „luksusem”, kiedy cudze luksusy opłacasz bez problemu.
Piotr zmarszczył brwi.
— To brzmi jak kara.
— Nie.
— To brzmi jak konsekwencja.
— Jest różnica.
Piotr usiadł.
— I co teraz?
Marta odpowiedziała spokojnie:
— Teraz ja też przestaję ciąć wszystko dla siebie.
— Wracam na jogę.
— Umawiam fryzjera.
— Jadę w listopadzie na weekend z koleżanką.
Piotr spojrzał na nią zaskoczony.
— Bez konsultacji?
Marta prawie się uśmiechnęła.
— Z własnych pieniędzy.
— Tak jak ty.
To zdanie wyraźnie go zabolało.
— Czyli teraz każdy sobie?
— Nie.
— Wspólnie tam, gdzie naprawdę wspólne.
— Osobno tam, gdzie ty od dawna działałeś osobno, tylko mi tego nie powiedziałeś.
Piotr spuścił wzrok.
— Wiem, że źle zrobiłem.
Marta nie odpowiedziała.
— Przepraszam.
— Za co?
— Za to, że wymagałem od ciebie wyrzeczeń, których sam nie przestrzegałem.
Marta skinęła głową.
— To już bliżej.
— I za to, że twoje potrzeby traktowałem jak mniej ważne.
Marta patrzyła na niego długo.
— Właśnie to boli najbardziej.
Piotr milczał.
— Nie chodziło o SPA.
— Nie chodziło o koncert.
— Chodziło o to, że dla nich miałeś wyrozumiałość.
— Dla mnie miałeś regulamin.
Piotr spuścił głowę.
Marta wstała od stołu.
— Od teraz żadnych podwójnych zasad.
— Albo wszyscy oszczędzamy.
— Albo każdy decyduje o swojej części.
— Ale nie będę już żyła w reżimie po to, żeby inni mieli rozrywkę.
Piotr nie protestował.
Bo po raz pierwszy zobaczył tę sytuację z jej strony.
I pierwszy raz zrozumiał, że problemem nie były pieniądze.
Problemem było to, komu wolno było mieć potrzeby.