Pierwszy problem pojawił się po dwóch dniach.
Marek wszedł rano do kuchni.
— Nie ma nic do pracy.
Alicja spojrzała na niego.
— To sobie przygotuj.
— Zawsze ty robiłaś.
— Wiem.
— No to?
— Teraz nie zrobiłam.
Marek zmarszczył brwi.
— Serio będziesz się tak zachowywać?
Alicja odpowiedziała spokojnie.
— Tylko zgodnie z twoją zasadą.
Dzień później skończyło mu się paliwo.
— Możesz mi przelać trochę? — zapytał.
— Nie.
— Dlaczego?
— Twój samochód.
— Twoje paliwo.
— Twoje pieniądze.
Marek zacisnął szczękę.
Po kilku dniach zadzwoniła jego matka.
Zbliżały się jej urodziny.
— Zamówiłaś prezent? — zapytał.
— Nie.
— Jak to nie?
— To twoja mama.
— Zajmij się tym.
Marek westchnął.
— Zawsze ty się tym zajmowałaś.
Alicja spojrzała na niego.
— Właśnie.
To jedno słowo zaczęło go irytować coraz bardziej.
Bo nagle odkrywał, jak wiele rzeczy „zawsze” robiła ona.
To ona pamiętała o rachunkach.
To ona robiła zakupy.
To ona gotowała.
To ona sprzątała.
To ona pilnowała terminów.
To ona umawiała serwis auta.
To ona wiedziała, kiedy kończy się ubezpieczenie.
To ona kupowała prezenty.
To ona organizowała święta.
To ona robiła to wszystko po własnej pracy.
Za darmo.
I jeszcze słyszała, że jest pasożytem.
Po dwóch tygodniach Marek zaczął być wyraźnie zmęczony.
Dom nie sprzątał się sam.
Lodówka nie napełniała się sama.
Koszule nie prasowały się same.
Prezenty nie zamawiały się same.
A rachunki nagle zaczęły wyglądać inaczej, kiedy połowę musiał płacić z własnego konta.
— Naprawdę tyle kosztuje internet? — zapytał któregoś wieczoru.
— Tak.
— A środki do domu?
— Też.
— I ubezpieczenie?
— Tak.
Marek patrzył na wydatki.
— Nie wiedziałem.
Alicja uśmiechnęła się gorzko.
— Bo nie musiałeś wiedzieć.
— Wiedziałam ja.
— I płaciłam ja.
Kilka dni później wrócił z pracy późno.
Alicja siedziała z książką.
— Nic nie ugotowałaś?
— Ugotowałam sobie.
— A dla mnie?
— Nie.
Marek aż parsknął.
— To już przesada.
Alicja odłożyła książkę.
— Dlaczego?
— Przecież jesteś moją żoną.
— A ty jesteś moim mężem.
— I przez lata nie zastanawiałeś się, kto robi to wszystko.
Marek zamilkł.
Alicja spojrzała na niego spokojnie.
— Nazwałeś mnie pasożytem.
— Chciałam więc zobaczyć, jak wygląda twoje życie bez pasożyta.
To zdanie go uciszyło.
Po miesiącu sam przyszedł do niej z notesem.
— Policzyłem — powiedział.
Alicja uniosła brwi.
— Co?
— Wszystko.
— Jedzenie.
— Samochód.
— Telefon.
— Ubezpieczenie.
— Dom.
— Prezenty.
— I czas.
Alicja patrzyła na niego bez słowa.
— Nie wiedziałem, ile robisz.
— Wiem.
— I nie wiedziałem, ile za mnie płacisz.
— Wiem.
Marek spuścił wzrok.
— Przepraszam.
Alicja milczała.
— Za co? — zapytała po chwili.
— Za to, że nazwałem cię pasożytem.
— I za to, że uważałem moje pieniądze za moje, a twoje za wspólne.
Alicja skinęła głową.
— To już brzmi uczciwiej.
Ale nie wróciła do starego układu.
Ustalili jedno wspólne konto.
Każde z nich wpłacało tam ustaloną część dochodów.
Reszta zostawała prywatna.
Obowiązki też przestały być „jej”.
Marek zaczął gotować.
Robić zakupy.
Prać.
Pilnować własnych spraw.
I pierwszy raz zrozumiał, że darmowa praca nie jest naprawdę darmowa.
Po prostu ktoś inny za nią płaci.
Kilka miesięcy później dostał premię.
Przyszedł do Alicji.
— Chcę część wpłacić na wspólne konto.
Spojrzała na niego.
— Dlaczego?
Marek odpowiedział spokojnie.
— Bo teraz wiem, że „wspólne” nie może oznaczać tylko tego, co dajesz ty.
Po chwili dodał:
— I chyba już wiem, kto naprawdę pasożytował.
Alicja nie odpowiedziała.
Nie potrzebowała triumfu.
Potrzebowała tylko, żeby nigdy więcej nikt nie nazywał darmowym tego, za co ona przez lata płaciła pieniędzmi, czasem i własną energią.