— Ile? — zapytała Monika.
Rafał podał kwotę.
Nie była ogromna.
Ale wystarczająco duża, żeby Monika zrozumiała, że naprawdę nie żartuje.
— Na co?
Rafał skrzywił się.
— Po prostu mi zabrakło.
— Na co?
— Jedzenie.
— Paliwo.
— Kilka rachunków.
Monika skinęła głową.
— Czyli życie.
Rafał prychnął.
— Nie zaczynaj.
— Ja nie zaczynam.
— Pytam.
Usiadła naprzeciwko niego.
— Gdzie są twoje pieniądze?
— Poszły.
— Na co?
— Normalnie.
— Przecież wszystko jest drogie.
Monika niemal się uśmiechnęła.
— Naprawdę?
Rafał spojrzał na nią podejrzliwie.
— Co?
— Nic.
— Po prostu miesiąc temu mówiłeś, że utrzymujesz mnie.
— A teraz pierwszy pełny miesiąc utrzymujesz tylko siebie.
Rafał odwrócił wzrok.
— To nie ma związku.
— Ma ogromny.
— Nie wiedziałeś, ile kosztują rzeczy, które wcześniej kupowałam bez słowa.
— Nie wiedziałeś, ile wydaję na jedzenie.
— Nie wiedziałeś, ile kosztuje chemia do domu.
— Nie wiedziałeś, ile razy płaciłam za coś wspólnego, bo tobie akurat „brakowało”.
— Nie wiedziałeś, bo nie musiałeś wiedzieć.
Rafał skrzyżował ręce.
— No dobra, ale przecież czynsz płacę w połowie.
— Tak.
— A reszta domu?
— Też coś kosztuje.
— Nie przesadzaj.
Monika wstała.
— Chodź.
— Gdzie?
— Do kuchni.
Rafał niechętnie poszedł za nią.
Monika otworzyła szafkę.
— Kawa.
— Kto kupował?
Rafał milczał.
— Herbata.
— Płyn do naczyń.
— Tabletki do zmywarki.
— Worki na śmieci.
— Papier.
— Środki do łazienki.
— Przyprawy.
— Olej.
— Mleko.
— Pieczywo.
— To wszystko są drobiazgi.
— Jasne.
— Tylko że tych „drobiazgów” jest kilkadziesiąt w miesiącu.
Rafał spuścił wzrok.
Monika mówiła dalej.
— Potem benzyna.
— Potem twoje obiady.
— Potem rzeczy do domu.
— Potem coś dla twojej mamy.
— Potem prezent dla twojego brata.
— Potem zamówienie jedzenia, bo wróciłeś późno.
— I wszystko to jakoś znikało z mojej karty.
— Nigdy ci tego nie wypominałam.
— Bo myślałam, że jesteśmy zespołem.
Rafał oparł się o blat.
— Czyli teraz będziesz mi to wypominać do końca życia?
— Nie.
— Teraz tylko pierwszy raz widzisz, ile tego było.
Rafał długo nic nie mówił.
— To pożyczysz?
Monika spojrzała na niego.
— Nie.
— Serio?
— Serio.
— Masz pieniądze.
— Mam.
— Ale mamy osobne budżety.
Rafał aż się skrzywił.
— Nie musisz być złośliwa.
— Nie jestem.
— Trzymam się twoich zasad.
— Przecież powiedziałeś, że każdy radzi sobie sam.
Rafał usiadł przy stole.
— Myślałem, że to ty będziesz mieć problem.
Monika odpowiedziała spokojnie:
— Wiem.
— I właśnie dlatego musiałeś ten miesiąc przeżyć do końca.
Przez kilka następnych dni Rafał naprawdę zaczął liczyć.
Pierwszy raz sprawdzał ceny.
Pierwszy raz patrzył, ile kosztuje zwykłe codzienne życie.
Pierwszy raz zauważył, jak szybko znikają małe kwoty.
Pod koniec tygodnia sam wrócił do rozmowy.
— Dobra.
— Miałem złe wyobrażenie.
Monika spojrzała na niego.
— O czym?
— O tym, kto ile dokłada.
— Myślałem, że skoro opłacam połowę czynszu i kilka większych rachunków, to robię więcej.
— A robiłeś?
Rafał pokręcił głową.
— Nie.
— Po prostu twoje wydatki były bardziej widoczne.
Monika usiadła naprzeciwko.
— Właśnie.
— Codzienność jest droga, tylko mało efektowna.
— Nikt nie robi zdjęć płynu do podłogi ani chleba.
Rafał uśmiechnął się nerwowo.
— To co teraz?
— Nie wiem.
— Możemy zostać przy osobnych budżetach.
— Możemy też zrobić wspólne konto tylko na wspólne wydatki.
— Ale tym razem wszystko policzymy uczciwie.
Rafał skinął głową.
— Chcę to zrobić uczciwie.
— I jeszcze jedno.
— Co?
Monika spojrzała na niego spokojnie.
— Nigdy więcej nie mów, że mnie utrzymujesz, jeśli nie masz pojęcia, ile kosztuje moje utrzymywanie tego domu.
Rafał spuścił wzrok.
— Masz rację.
— Wiem.
Tym razem nie powiedziała tego z satysfakcją.
Nie potrzebowała jej.
Wystarczył jeden miesiąc.
Jeden miesiąc bez jej cichego dokładania do wszystkiego.
I nagle okazało się, że człowiek, który czekał, aż żona „przypełznie po pieniądze”, sam musiał przyjść pierwszy.
Bo czasami dopiero brak niewidzialnej pracy pokazuje, ile naprawdę była warta.