— Anna, przestań — powiedział Paweł.
Ona nadal siedziała spokojnie.
— Przecież sam postawiłeś warunek.
— Wiesz, że powiedziałem to w emocjach.
— Nie.
— Powiedziałeś to bardzo spokojnie.
Paweł zaczął chodzić po salonie.
— Czyli tak po prostu wyrzucisz mnie z domu?
Anna uniosła brwi.
— Ja cię wyrzucam?
— Przecież powiedziałeś, że jeśli nie dam Kamilowi pieniędzy, małżeństwo jest skończone.
— Powiedziałem, bo chciałem, żebyś zrozumiała, jaka to poważna sytuacja.
— Zrozumiałam.
— Bardzo poważna.
— Na tyle poważna, że byłeś gotów postawić naszego małżeństwo jako cenę.
Paweł zacisnął szczękę.
— Ty zawsze wszystko przekręcasz.
Anna prawie się roześmiała.
— A ty zawsze zmieniasz znaczenie swoich słów, kiedy okazuje się, że nie zadziałały.
Zapadła cisza.
Paweł usiadł naprzeciwko.
— Kamil naprawdę ma problem.
— Wiem.
— I co mam zrobić?
— Pomóc mu inaczej.
— Jak?
— Nie wiem.
— Możesz z nim porozmawiać.
— Możesz pomóc mu znaleźć dodatkową pracę.
— Możesz ustalić z nim plan spłaty.
— Możesz nawet pożyczyć mu swoje pieniądze.
Paweł spuścił wzrok.
— Nie mam tyle.
Anna skinęła głową.
— Właśnie.
— Czyli kiedy ty nie masz, rozwiązaniem mam być ja.
— To nie tak.
— Dokładnie tak.
Paweł podniósł głos.
— Jesteśmy małżeństwem.
— I co to zmienia?
— Powinniśmy sobie pomagać.
— Sobie.
— Nie twojemu bratu bez końca.
— Kamil też jest rodziną.
— Rodzina nie oznacza abonamentu na moje konto.
Paweł odchylił się na fotelu.
— Zrobiłaś się strasznie zimna.
Anna odpowiedziała od razu:
— Nie.
— Po prostu przestałam mylić miłość z obowiązkiem finansowania wszystkiego, czego ktoś ode mnie chce.
— Czyli pieniądze są dla ciebie ważniejsze niż małżeństwo?
— Nie.
— Szacunek jest ważniejszy niż szantaż.
To słowo go zatrzymało.
— Szantaż?
— Tak.
— „Daj pieniądze albo odejdę.”
— Jak inaczej to nazwiesz?
Paweł odwrócił wzrok.
Anna mówiła dalej:
— Najbardziej mnie nie boli nawet to, że poprosiłeś.
— Boli mnie to, że byłeś pewien, że wystarczy postraszyć mnie rozwodem.
— Byłeś pewien, że się przestraszę.
— I ustąpię.
Paweł nic nie powiedział.
— Myliłeś się — dodała.
Po chwili zapytał cicho:
— Naprawdę chcesz, żebym się wyprowadził?
Anna spojrzała na niego długo.
— Chcę, żebyś zdecydował, czy twoje słowa coś znaczą.
— Jeśli małżeństwo jest skończone, to nie będę cię błagać, żebyś został.
— Jeśli nie jest skończone, to nigdy więcej nie użyjesz go jako broni.
Paweł siedział bez ruchu.
— A pieniądze?
— Nie dam.
— Ani części?
— Ani złotówki.
— I co mam powiedzieć Kamilowi?
— Prawdę.
— Że nie masz pieniędzy na spłatę jego długów.
— Ale ty masz.
— Nie na jego długi.
Paweł pokręcił głową.
— On się załamie.
— Może.
— A może pierwszy raz będzie musiał rozwiązać problem sam.
Rozmowa skończyła się późno.
Paweł nie wyprowadził się tamtego wieczoru.
Ale spał na kanapie.
Następnego dnia Kamil zadzwonił do Anny.
— Naprawdę nie możesz pomóc? — zapytał.
Anna odpowiedziała spokojnie:
— Mogę.
— Nie chcę.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Co?
— Mogłabym dać ci pieniądze.
— Ale poprzednie pożyczki nie wróciły.
— Nie widzę żadnego powodu, żeby robić to ponownie.
— Przecież rodzina sobie pomaga.
— Pomoc ma prowadzić do rozwiązania.
— Nie do kolejnego długu.
Kamil rozłączył się obrażony.
Potem zadzwoniła teściowa.
Anna nawet nie próbowała się tłumaczyć.
— To sprawa między Kamilem a jego wierzycielami — powiedziała.
— Nie moja.
Minęło kilka tygodni.
Kamil zaczął pracować wieczorami.
Sprzedał rzeczy, których nie potrzebował.
Dogadał się w sprawie części spłat.
Świat się nie skończył.
Paweł obserwował to coraz bardziej zawstydzony.
Pewnego wieczoru usiadł obok Anny.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytał.
— Co?
— Że on sobie poradził.
Anna spojrzała na niego.
— To chyba dobrze.
— Dobrze.
— Tylko teraz widzę, że przez lata ratowaliśmy go tak szybko, że nigdy nie musiał naprawdę próbować.
Anna nic nie powiedziała.
Po chwili Paweł dodał:
— I wiem też, że nie powinienem był stawiać ci ultimatum.
— Nie powinieneś.
— Byłem pewien, że się przestraszysz.
Anna spojrzała na niego.
— Wiem.
— Przepraszam.
— Przyjmuję.
— Ale zapamiętaj jedno.
Paweł skinął głową.
— Nigdy więcej nie stawiaj naszego małżeństwa na stole jako argumentu.
— Bo następnym razem mogę już nie pytać, gdzie wysłać twoje rzeczy.
Paweł zrozumiał.
I nigdy więcej tego nie zrobił.
Bo tamtego dnia odkrył coś, czego wcześniej nie brał pod uwagę.
Człowiek, którego stale straszysz odejściem, może pewnego dnia przestać się bać.
A wtedy ultimatum przestaje być bronią.
Staje się drzwiami.