Elżbieta patrzyła na Marka, jakby właśnie powiedział coś niewybaczalnego.
— Oddałeś dom gminie?
— Tak.
— Dom po własnej babci?
— Tak.
— Bez rozmowy z rodziną?
Marek uniósł brwi.
— Znowu ta sama rzecz.
— Jaka?
— Dlaczego każda decyzja dotycząca mojej własności ma być konsultowana z ludźmi, którzy nic za nią nie płacą?
Elżbieta aż zrobiła krok do przodu.
— Bo to nie jest zwykły dom. To rodzinny dom.
— Był rodzinnym domem. Potem stał się spadkiem.
Karolina odezwała się ciszej:
— Ja naprawdę myślałam, że może kiedyś tu zamieszkam.
Marek spojrzał na nią.
— I ktoś ci to obiecał?
Karolina zawahała się.
— Mama mówiła, że to logiczne.
Marek przeniósł wzrok na ciotkę.
— Właśnie.
Elżbieta skrzyżowała ręce.
— Bo było logiczne. Ty mieszkasz w mieście. Masz swoje życie. Karolina potrzebuje domu.
— A ja potrzebuję spokoju.
— I dlatego oddajesz majątek?
— Dlatego nie chcę zamieniać swojego życia w ciągłe naprawy, rachunki i rodzinne oczekiwania.
Karolina rozejrzała się po salonie.
— A nie można było sprzedać domu nam?
— Mogliście zapytać.
Elżbieta oburzyła się.
— Przecież jesteśmy rodziną. Miałeś nam go sprzedać?
— Jeśli chciałyście zostać właścicielkami, tak.
— To brzmi okropnie.
— A planowanie przeprowadzki do mojego domu bez pytania brzmi dobrze?
Zapadła cisza.
Karolina spuściła wzrok.
— Mama… chyba naprawdę założyłyśmy za dużo.
Elżbieta spojrzała na córkę.
— Ty też?
— No… tak. Ja już mówiłam znajomym, że może będę się tu przeprowadzać.
Marek pokręcił głową.
— I właśnie dlatego nie chciałem czekać kolejnych miesięcy.
— Bałeś się, że będziemy naciskać? — zapytała Karolina.
— Wiedziałem, że będziecie.
Elżbieta poczerwieniała.
— Czyli specjalnie zrobiłeś to za naszymi plecami.
— Nie. Podjąłem decyzję zanim zaczęliście traktować dom jak przyznany wam lokal.
— Ale babcia by tego nie chciała.
Marek westchnął.
— Babci już nie ma. A ja nie chcę całe życie podejmować decyzji tak, jakby nadal miała je podejmować za mnie.
To zdanie zabrzmiało ostro, ale prawdziwie.
Karolina usiadła.
— Ile kosztowałby remont?
Marek podał przybliżoną kwotę.
Elżbieta zamilkła.
— Aż tyle?
— Minimum.
— Nie wiedziałam.
— Bo nikt nie pytał o dach, instalacje ani ogrzewanie. Wszyscy pytali tylko, kto dostanie pokoje.
Karolina uśmiechnęła się smutno.
— To akurat prawda.
Po chwili dodała:
— Szkoda mi tego domu.
— Mnie też.
— To czemu nie czujesz się winny?
Marek spojrzał przez okno.
— Bo sentyment to nie obowiązek.
Elżbieta długo nic nie mówiła.
W końcu usiadła naprzeciwko niego.
— Chyba naprawdę zaczęłam mówić o tym domu tak, jakby już był Karoliny.
— Zauważyłem.
— Chciałam jej pomóc.
— Wiem.
— Ale nie miałam prawa decydować za ciebie.
Marek skinął głową.
To nie było wielkie pojednanie.
Ale pierwszy raz od początku rozmowy ciotka powiedziała coś, co nie brzmiało jak roszczenie.
Kilka tygodni później formalności zostały zakończone.
Marek przestał być właścicielem nieruchomości.
Karolina znalazła niewielkie mieszkanie do wynajęcia.
Elżbieta nadal uważała, że dom mógł zostać w rodzinie.
Ale przestała mówić, że ktoś go jej odebrał.
Bo nikt nie może stracić czegoś, co nigdy nie było jego.
A rodzinne wspomnienia mogą należeć do wszystkich.
Nieruchomość — tylko do tego, kto naprawdę ma prawo o niej decydować.